Komentarze
Typografia
  • Najmniejsza Mała Średnia Większa Największa
  • Obecna Helvetica Segoe Georgia Times

Czas nas goni, głównie po pieniądze. W ostatnio są to pieniądze unijne, które niektórzy starają się „wydobyć”. Dzieje się to na kilka sposobów. Jednak najbardziej przejrzystym i najmniej podejrzanym sposobem korzystania z pieniędzy unijnych jest praca za granicą.

Zjawisko to, komentowane na setki sposobów przez rozmaitych analityków i innych „wiedzących najlepiej” ma, jak wszystko, swoje dwie strony. Z jednej, słyszę, że nie ma to sensu. Z drugiej, oczywiście wręcz przeciwnie – majątki, kokosy i tłusta emerytura. Jechać, czy nie jechać – oto jest pytanie?

Proszę się nie spodziewać odpowiedzi. Ja jej nie znam, a na podstawie tego, co udało mi się ustalić, trudności z odpowiedzią miałby nawet Elvis, chociaż żyje w tym wymiarze, w którym odpowiedzi na najtrudniejsze pytania są banalnie oczywiste.

Pocztą, głównie elektroniczną, dostaję oferty pracy w krajach Unii. Tak się jakoś składa, że dotyczą one głównie Szwecji i Wielkiej Brytanii, nie bardzo wiem dlaczego. Niemcy ani Francuzi jak dotąd nie zaprosili mnie do współpracy, nie szkodzi. W Szwecji spędziłem dużo czasu pogłębiając wiedzę, a francuskiego nigdy nie udało mi się bliżej poznać. WeĽmy się więc za Wielką Brytanię.

Pisałem niedawno o marnej kondycji brytyjskiej stomatologii, ruszajmy im więc na pomoc. W dzisiejszej dobie pośredników nie ma chyba tylko na targu warzywnym, nie porozumiemy się więc wprost z potrzebującymi Wyspiarzami – musimy skorzystać z oferty specjalnej firmy. Tych firm jest na rynku bardzo wiele. Z jedną z nich udało mi się zaprzyjaĽnić. Już wiem, na czym polegają owe wielkie profity dla polskiego dentysty, decydującego się na pracę w Anglii. Otóż pozna kraj, kulturę, historię i sposób myślenia lokalnej społeczności. Na przykład społeczności Cardiff. Albowiem pieniędzy z pracy na rzecz Unii zarobić się podobno nie da. Proponowany przez pośrednika pracodawca (państwowy lub prywatny) oferuje, owszem, wysokie wynagrodzenie w funtach. Jest ono wysokie zwłaszcza w porównaniu do rodzimych rent i emerytur. Okazuje się jednak, że jest to tzw. „brutto” i to w szerszym rozumieniu, niż w przypadku naszych zarobków krajowych.

Zatrudniony przez pośrednika delikwent musi bowiem z tych funtów po pierwsze: sam sobie zapłacić podatek, po drugie, obowiązkowe ubezpieczenie. Bardzo wysokie.

Po trzecie wreszcie, wynająć sobie mieszkanie, a jeśli wybrał się do pracy z rodziną, także szkołę lub przedszkole dla dzieci. Wszystkie te obowiązkowe opłaty wynoszą zazwyczaj dokładnie tyle, ile proponuje pracodawca, do jedzenia więc i ewentualnych rozrywek należy dołożyć ze środków własnych, przywiezionych z Polski. Krótko mówiąc, wyjazd do pracy w Anglii nie opłaci się nigdy, może natomiast być interesującą przygodą. Pod warunkiem, że jesteśmy młodzi, bezdzietni i samotni.

Proszę o chwilę cierpliwości, zaraz rozwieję te pesymistyczne chmury, ale narazie, zdajmy sobie sprawę, że proponowane nam niespełna dwa tysiące funtów (na początek) z trudem pokryją najbardziej podstawowe koszty utrzymania się na unijnym, brytyjskim terenie.

Chciałbym być dobrze zrozumiany: to nie jest tekst pisany przeciw wszelkiego rodzaju pośrednikom! Przeciwnie, bez nich, sami, prawdopodobnie nie dalibyśmy sobie rady z załatwieniem pracy za granicą. To oni właśnie wyszukują dla nas najlepsze oferty. I dzięki nim jednak staramy się wyjechać. To taki dziwny fenomen: liczyłem, liczyłem i nijak mi z tych funtów nie wychodziły oszczędności na stare lata, a mimo wszystko chętnych do wyjazdu jest bardzo wielu. Nawet tych zamężnych i z dwójką dzieci w wieku szkolnym. Dlaczego? Widocznie nasza (moja i zaprzyjaĽnionego pośrednika) matematyka nie jest właściwa. To po prostu musi być jakoś inaczej, niż się dowiedziałem i napisałem.

Z innej strony patrząc, kto by dziesięć lat temu pomyślał, że w ogóle będziemy mieli takie dylematy? Gdzie pracować: w Anglii, Szwecji, a może Hiszpanii?

To jest trochę tak, jak z Internetem. Ni stąd ni zowąd okazuje się, że mój adres elektroniczny znają handlowcy z całego świata i przysyłają mi sto ofert dziennie. Na viagrę (dziękuję), wibratory (tym bardziej), środki uspokajające i poprawiające nastrój – no, tu już bym się zastanowił.


Autor: lek. dent. Grzegorz Chwiłoc